środa, 22 czerwca 2016

Zza siedmiu gór, ośmiu rzek, dziewięciu jezior i pierdyliona mórz, gardząc po drodze gościną Stumilowego Lasu, Sherwood, lasów Śródziemia, Nilfgaardu i Pomorza, przybyła aż tu, do miejskiej dżungli- mała, strudzona podróżą Saturnina.

Siema!

Nie myślcie, że wybrała to miejsce, bo znudziło jej się wąchanie fiołków i postanowiła zaciągnąć się smogiem wawelskim, zamiast wylegiwania się na trawie chciała zaznać rozkoszy betonu, a ponad bezpieczny cień drzew postawiła smażenie się na słońcu na plaży nad Wisłą. Trafiła tu, bo zwąchała Saturnina, swojego zaginionego brata bliźniaka!



Znalazła jeszcze jednego jelonka, ale on coś chyba nie działa...

Kizimizi?

Inne zwierzątka też okazały się mniej lub bardziej sceptyczne wobec Saturniny, ale niezrażona ich zachowaniem zaprzyjaźniała się dalej.







A czy to... kotek?!

Koteeeek!

I... chyba naprawdę kotek...



____________________

I bonusik na dowód, że kotek wszystkie jelonki kocha:

To nie tak jak myślisz!

poniedziałek, 22 lutego 2016

sobota, 20 lutego 2016

No i tego.

I posprzedawała w pizdu parę kilo żywicy i co, i myśli że fajna jest, że z głowy ma wydalanie swojego żywotu w obrębie tworzyw sztucznych do internetów. Że jak dosyć miała targania całego towarzystwa od mieszkania do mieszkania, że jak leżą w pudłach pierdylion kilometrów ode mnie, to znaczy że się nie trzeba tym zajmować. Że sobie będę tak siedziała cichutko, sklecała zwierzątka z origami i nikt nie zauważy, że mnie nie zauważa.

A takiego wała.

Siema.

Tak sobie siadłam dzisiaj (huehue, jakbym co najmniej z fotela wstawała, huehuehue, taki cwaniaczek, tak sobie życie ubarwia), pooglądałam szacowne dollsforum, tak sobie spojrzałam na datę pod Safirem i nickiem moim przezacnym, a tam jakiś 2012. Co to w ogóle za data jest, ile ja mam lat, gdzie ja jestem? Także, no, siema. Jednak jeszcze mi się nie znudziło. Tylko mnie taki roczny (!!!!!!!!!!!!!!!) niechciej złapał. Rok będzie od zakupu ostatniej panny, i nie pytajcie co ja przez ten czas robiłam, bo sama nie wiem. Lalkowo to tak totalnie nic, tylko wstecz się poruszałam, zamiast wyjmować nowe lalki z pudełek, to ja stare do kartonów pchałam. Ale podziałał detoks, bo już mnie świerzbi w obie te strony łapy wpychać, tylko że nie dosięgam póki co, więc świerzba tutaj odreagowuję wypisując jakieś berbeluchy, bo i od pisania odwykłam.

Jako, że niczego nowego nie dokonałam, to żeby za pusto w tym bzdurnym wpisie nie było - odgrzewam kotleta z flickra, ale to nieskromnie mówiąc ładny kawał mięcha jest, więc mi ani trochę nie wstyd. Zresztą ich tu jeszcze wcale nie było.


Jako kotlet w poodwykowym wpisie występują Nadieżda i Sasza, Dynamitki wymierzone przeze mnie samą przeciwko mnie samej, bo przecież ja takich lalek nie lubię. Co poradzę, że one mnie owszem i teraz jako jedyne ze mną siedzą na biurku. Póki co.

Nie wiem jak zakończyć biadolenie, więc wstawiam cycki.



czwartek, 29 stycznia 2015

Kup pan żywicę

Nie, nie pozbywam się chłopaków, proszę nie rozpaczać i proszę nie ślinić się z podniecenia na myśl o zaadoptowaniu ich. Emocje opanowane? Ok, to lecim dalej.

1) Po długim czasie posiadania łba przestałam się łudzić, że faktycznie coś z nim zrobię, nawet jeśli mam w głowie piękne wizje a na koncie sumę potrzebną na ciałko, do tego gapię się na niego w makijażu spod łapek Mobe i wciąż jestem zachwycona. Ale niestety, dwa wielkie żywiczne kloce to jest mój limit, koniec, hamuj się Borzenko, musisz się odgracić. Dobrze, dość wywlekania emocjonalności, przechodzimy do konkretów. Konkret wygląda tak:


Cytując samą siebie z allegro: głowa lalki BJD rozmiaru 1/3 (SD), model Megi-A firmy Dollzone. Lalka nie jest już dostępna w regularnej sprzedaży, pochodzi z edycji limitowanej (http://www.doll-zone.com/pro_detail.asp?id=1160). Jest u mnie od czerwca 2013, cały ten czas przeleżała w szufladzie, więc jedyne ślady użytkowania to nabranie przez żywicę lekko kremowego odcienia (kupiony jako white skin). Sprzedaję go w widocznym na zdjęciu makijażu, z brązowo-rudymi rzęsami. Oczy są w dwóch różnych kolorach (błękitne i srebrne) i różnych rozmiarach, w tym jedno jest w widoczny sposób za małe, więc dorzucam je na życzenie kupującego.

Mniej oficjalnie dodam tylko, że blizna powstała na skutek oberwania od Cyryla za pretendowanie do bycia bardziej rudym niż on sam.

2)
(już nie zaklepana, nadal do wzięcia)
Po nie aż tak długim ale wciąż długim czasie posiadania Asy też pozbawiłam się złudzeń, chociaż też ją za któryś tam z kolei cud świata uważam. Niby jest poskładana, ale wciąż przeokropnie rozlatana, restring jest bardziej niż konieczny, a ja tego porządnie zrobić nie umiem. Kto widział moje walki z nią ten wie, kto nie widział ten szczęśliwy i nie wie co to jest życie. Trzeba jej będzie dokupić haczyki do dłoni, albo jakoś skutecznie pogonić mnie, żebym je znalazła - bo były, ale nie mam pojęcia, gdzie są teraz. (znalazłam)
Asa jest Asą iplehouseową, ciałko jest ciałkiem z firmy Dollstown, a całość, żeby nie było, jest recastem od Luo i Stevena i prezentuje się tak:


Pistolet sobie zostawiam, włosów też jej nie dam, dam czarne ślepka, czarne rzęsy i błogosławieństwo.


Kwestie cenowe pozostawiam kreatywności ewentualnych zainteresowanych zakupem, znaczy się chętnie porozważam propozycje i się potarguję. Ale tak w granicach rozsądku. Po prawej jest mail, na dole są komentarze, można pisać gdzie bądź.


Dziękuję za uwagę, studentom życzę miłej sesji, niestudentom miłego naśmiewania się z tych biednych uczących się, miłego dnia, smacznego, dobranoc.

niedziela, 30 listopada 2014

Ileż można czytać o tym, co Dollby znów ze szmateksu przytargał. Ileż można patrzeć na te jego potargane paskudy. No toż to przecież szlag człowieka może trafić od samego tytułu kolejnego postu z jego zdobyczami. Tak, jestem zazdrosna. Kto by nie był? No kto? Niech rzuci kamieniem... Ał, ale nie tak mocno!
Ano pozazdrościłam i sama zebrałam się w końcu, żeby wstać rano na ten słynny krakowski targ. No dobra, niezupełnie. Nie wstałam, po prostu się nie kładłam. Ludziom z zaburzonym poczuciem doby tak jest jednak łatwiej. Tak, dopiero co po nieprzespanej nocy z targu wróciłam, jeszcze mam skostniałe palce, bo matkobosko jak tam (w sensie poza kołdrą) jest zimno. Ledwo usiadłam, torba ze skarbami leży, w końcu będą zdjęcia robione przy nieżarówkowym świetle! Wstajemy, wiwatujemy, tańczymy, panie proszą panów!
To ja może od początku zacznę. Pognałam na targ po raz pierwszy tydzień temu, z wielkimi nadziejami na coś plastikowego. I owszem jakieś nóżki tu i ówdzie sterczały. Kudły się nawet złapało. Z tym, że jakoś tak, no nie bardzo, no klonowato, no brudno, no blondynkowato, no generalnie dupy nie urywa. Ale przecież z targu się z pustymi rękami nie wraca, co to to nie! Zdobycze były i to obłędne!


Piękne hostessy są tu jedynie po to, żebyście się nie bali w miniaturkę wpisu klikać. Zdaję sobie sprawę, że taki obraz niósł zapowiedź strasznych rzeczy, na przykład recenzji albo nie daj boże wrażeń z grania, a ja prosty człowiek jestem, który się seksem i przemocą jara i to by mogło być trudne do zniesienia. Bo ja wiem, że moja dzika radość z gier obchodzi was co najmniej średnio i ja to szanuję. Z wyrazami mojego szacunku pokazuję wam zdobycz dzisiejszą:


Heheheheh. Nie no, dobra, już, przechodzimy do lalek.



Ja też nie wiem, po jaką cholerę mi trzecia Chelsea. Miałam dwie i planowałam jedną sprzedać. Tak, tą, której dałam na imię Sharon, która znalazła sobie wśród moich (no poniekąd, teraz już Magdy, ale wszystko zostaje w rodzinie, nie?) lalek dziewczynę i której podarowałam artykułowane ciałko. Nie mam złudzeń co do tej panienki. Przed wyjściem zastanawiałam się nad samą sobą, bo nagle mi się Everka spodobała. Przecież się nie godzi, przecież to ma łeb jak patelnia, tfu obrzydliwstwo. Ale rude, z ciemną szminką i różowym cieniem. I patrzę na resztę moich lalek. I patrzę na tą Chels. Jestem beznadziejna. Ona też, ma plastikowe nogi których nie może zginać, może je za to rozkładać na boki, także no, ekchm. Miała uszyte przed poprzedniego właściciela majtki. Obawiam się, że ta konieczność wynikła z jej niemoralnego sposobu prowadzenia się...




Następnie mamy takiego o poczochrańca, z bardzo misterną fryzurą i spodniami które skradły me serce od pierwszego wejrzenia. Ekchm, no, buźkę też ma oczywiście śliczną. I znów, w momencie, w którym czaję się na Kaylę z Amazing Nails. Tamtej i tak nie odpuszczę, teraz właściwie tym bardziej. Tak czy inaczej chciałam ciemną Kaylę z upitolonymi włosami. To może tamtej nie będę musiała opitalać. I będą takie urocze bliźniaczki. Wspominałam, jak bardzo jestem beznadziejna? No, to teraz będzie petarda beznadziei!



Spojrzałam, bo fajny kolor włosów miała. Ale nie zamierzałam jej brać, naprawdę. Jeśli już, to tylko żeby umyć, sprzedać i przepić. Nie przyszłoby mi nawet do łba jej zatrzymywać, gdybym nie zaczęła z tą panią, która ją sprzedawała rozmawiać. Pani miała z 60 lat na oko i wielki, fioletowy, ortalionowy płaszcz. I powiedziała mi, że ona to też lalki lubi. Tak sobie wziąć, potrzymać, poczesać. Że ma taką dużą, ładną, co jak dziecko wygląda i takie rączki ma piękne. I że ona to ma cały regał lalek w domu, bo tak się miło na nie patrzy, tak weselej od razu w domu jest, jakoś tak przyjemniej, bo ona jak była mała to takich nie miała, więc ma teraz i się z nich bardzo cieszy. No i powiedzcie, jak nie zatrzymać lalki od poznanej na targu kolekcjonerki, która jest beztrosko nieświadoma istnienia lalkowego kolekcjonerstwa? Której to zupełnie nie obchodzi, ale tak radośnie o swoich lalkach opowiada? O, i maskotki też ma i też lubi. A co do maskotek, mocny akcent na koniec...



Meeeee! Szkoda tylko, że biały koc wstawiłam do prania równo o 6 na złość sąsiadce, żeby nie spała za długo w niedzielę, więc biedaczek poczeka na swoją kolej do mycia. Niestety ma odciętą metkę, więc nie mogę mieć co do niego pewności, ale strasznie mi przypomina koziołka Esmeraldy z Dzwonnika z Notre Dame i tej wersji będę się trzymać, jaka nie byłaby prawda. Kolczyk mu się jakoś dorobi.


Tak przy okazji metek - nie mam seledynowego pojęcia kim są bohaterki dzisiejszego wpisu (poza hostessami oczywiście), więc konia z rzędem (kozła z kolczykiem?) i pół królestwa temu, kto pomoże zidentyfikować. Bóg zapłać, dobranoc!

niedziela, 17 sierpnia 2014

Jak ja nie lubię tego momentu, kiedy na zbyt długo daję sobą zawładnąć lenistwu i niechęciom wszelakim, a potem nie wiem jak się z nich wydostać, żeby jakoś ładnie tu wylądować. Także...

TADAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAM!

No żyję.

Lalki też żyją, mają się świetnie*, prokreacja w stadzie jest wciąż obecna, tylko nie bardzo wiem jak oni się tymi plastikogenami wymieniają, że niewyjściowe gęby moich barbiorozmiarowych samców dają całkiem niezłe rezultaty. Chyba nie chcę w to wnikać. A teraz i tak tej dziatwy mej nowej nie mam jak pokazywać, bo tkwię bez aparatu i owych cudów plastiku na moim rodzinnym końcu świata, w mej małej Korei Zachodniej, z której ani wyjechać ani dojechać, a ja to uczyniłam już drugi raz w ciągu tych wakacji. Chcąc nie chcąc. Bo mnie z mieszkaniem wyciulali. Pozdrawiam Tomeczku, niechaj Cię Czerwona w tyłek ugryzie.
Ano właśnie, czas na zalewanie się łzami, wyśpiewywanie litanii do wszystkich świętych, siedzenie w kącie w szczelnym kokonie z koca, hektolitry lodów i rzewne ballady. Tak drodzy moi, siedzieliście na Czerwonej Złuszczonej po raz ostatni, a kto nie siedział ten frajer pompka! Oni wszyscy siedzieli i zdążyli zrobić sobie wspólną pamiątkową foteczkę:


Patrzcie, jak żeście biedną Czerwoną wysiedzieli! A jak już napatrzycie się na agonię wśród złuszczeń, to można szukać wśród zgromadzonych nowych twarzy. Następnie przejdę do uspokajania i pocieszania rozpaczających.
Otóż będzie nowa kanapa!
Będzie więcej miejsca!
Będzie upierdliwa sąsiadka!
Będzie korkociąg!
*Będzie regał na który powyjmuje w końcu te moje "mające się świetnie" bidy, które zostawiłam bestialsko w pudełkach! I na małym stoliku z Ikei. Ale damy sobie radę z przestrzenią. Jakoś. Kiedyś.

I żeby nie było, że spędzałam dnie tylko kursując po autostradzie, nosząc pudła z gratami i patrząc w sufit. Znaczy no generalnie trochę tak było, ale coś tam się po drodze głupiego zawsze jeszcze zlalkowało. Do Poznania sobie na przykład wyruszyłam, gdzie siedziałam Magdzie na głowie prawie tydzień i śpiewałam na balkonie o mknących po szynach niebieskich tramwajach albo grałam w Transformersy. W natłoku tak ważnych zajęć znalazłyśmy również czas dla innych współlalkujących z Dollsforum i z Dią i Madmadzią raczyłyśmy się urokami kawiarni Angielka, gdzie wszystko byłoby pięknie, gdyby tylko kelnerzy zechcieli stać i nas wachlować. Pan nie zechciał. Ubolewam do tej pory i do tej pory mu tego nie wybaczyłam. Żeby zatrzeć to smutne wrażenie, na pierwszy ogień z relacji zdjęciowej idzie alkohol i kawałek gołej klaty. Niestety nie kelnera.


Jeśli zdjęcie źle podziałało i odczuwacie raczej zazdrość i frustrację, spieszę wylać miód na wasze serca i przełyki!







Wciąż niedosyt? No wiem, też odczułam, czemu ja tak mało zdjęć napstrykałam... Na pocieszenie, dla mnie i dla was - cycki!



Od razu lepiej, od razu jakoś bardziej swojsko, świat znów kręci się w dobrą stronę. A jak już w tą stronę skręcamy, to czas przejść do innych poznańskich głupot czynionych z Magdą. Zostawienie nas z górą plastiku zawsze źle się kończy.





Tak się bawi, tak się bawi BO-RZE-NA! Ale grzeczniej i romantyczniej też potrafię. Serio.


O proszę bardzo, jak miło i grzecznie. Eustachemu co prawda trochę się potem oberwało od jej starszej siostry Teodory za wyjazdowe romansowanie, bo przecież ona ma tylko 14 lat. Ale argument "jestem lalką, już bardziej nie urosnę" okazał się być skuteczny.
Albo tu niżej, znów niewinnie:


 To byłby naprawdę bardzo sympatyczny portrecik, nawet bez żadnych wątków lesbijskich, wszystko spoko gdyby tylko nie przedstawiał dilerki z dziurą w boku przeznaczoną na przemyty i jej najlepszej klientki, gwiazdy porno. Madziu, serio, Internet cierpi na niedobór tak barwnych lalkowych biografii, blogoświatek na Ciebie czeka!

Z serii porywających osobowości, przedstawiam jeszcze moje największe dzieło uczynione podczas pobytu w Poznaniu. Przed Państwem Ziggy!


Ziggy powstała, kiedy zorientowałam się, że madziowa Clawdeen jest tak mało charakterystyczna, że w ogóle zapomniałam, że ją ma. Kiedy już bardziej organoleptycznie próbowałam zaprzyjaźnić się z wilczycą, jedyne co odczuwałam, to klej na jej głowie, który trochę przeszkadzał nam w kontaktach. Rzuciłam dość bezmyślnie "ej mogę jej zrobić dredy?" i chyba równie bezmyślną odpowiedź twierdzącą otrzymałam. No to co, jedziem z koksem, szydełko w łapę i działamy! Wiem jak bardzo Ziggy jest daleka od rasta ideału, ale tworzona była bardzo niskobudżetowo, z tego co akurat było pod ręką i przez bardzo niewprawionego dredodziergacza, bo pierwszy raz w ogóle coś takiego robiłam. No i brakuje jej bardzo ważnego rekwizytu jeszcze... Przez przewinięciem niżej ostrzegam, nie pokazujcie tego rodzicom i nie próbujcie tego w domu!






I podsumowując ten wyjazd, cała impreza razem: